Kontynuuj W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w "Polityce Cookies".
 
AKTUALNOŚCI /  WŁOCHY /  KUCHNIA WŁOSKA /  SUBIEKTYWNIE /  TURYSTYCZNIE / 
TURYSTYCZNIE / TROCHĘ O WULKANACH / 
Bilety Lotnicze
[NEWSLETTER]
  
TROCHĘ O WULKANACH
[Powiadom znajomego]  A A A   

Stromboli - wyspa zagubiona w czasie

Na wyspie Stromboli, czas jakby się zatrzymał, a ciszę i spokój można dotknąć. Popularne tu skutery są tak stare jak auta w Hawanie. Cykady grają w każdym ogrodzie, gdzie uśmiechnięci mieszkańcy niespiesznie przeżywają swoje dni.

autor tekstu: Magda Pannert

Stromboli  to jedna z  Wysp Liparyjskich (niekiedy zwanych Eolskimi),  położonych  na Morzu Tyrreńskim, na północ od Sycylii. Tworzy ją wystający ponad powierzchnię wody, stale dymiący i pohukujący, maleńki stożek (926 m) wielkiego wulkanu. Pod wodą pozostaje 2300m. Do zbocza góry przytuliły się dwie miejscowości: mniejsza Ginostra i nieco tylko większa Stromboli. Promy z Milazzo lub Lipari dopływają tylko do tej większej. Z turystą przypływa pieniądz. Wtedy na kilkanaście minut ożywia się przystań promowa. Na Stromboli nie ma samochodów. Wszyscy i wszystko przewożone jest  motorowymi trójkołowcami. Identyczną konstrukcję podstawową ma taksówka. beczkowóz, obwoźny sklep z rybami i radiowóz policyjny. Zresztą wąskie, na szczęście jednokierunkowe, uliczki pozwalają na bezkolizyjne minięcie się jednego pojazdu i jednego człowieka. Nieco ponad godzinę trwa postój promu turystycznego ,dla pasażerów którego rozstawione są w porcie stragany z pamiątkami. Oni mają wulkaniczne wspomnienia tylko na np. ścierkach do naczyń.

Niesamowite pejzaże i “wybuchową” atmosferę wyspy odkryto już dawno. Powietrze przesiąknięte jest piekielnym pierwiastkiem więc  namiętność i miłość sama tam wchodzi do głowy- pomijając oczywiście rozum. Koronnym tego przykładem był związek Ingrid Bergman i Roberto Rosselliniego rozpoczęty i rozwijający się właśnie tutaj przy okazji realizacji w roku 1948 filmu “ Stromboli, Ziemia  Boga” (Stromboli, Terra di Dio). Do dzisiaj  przetrwało po tej historii  niewiele  pamiątek. Jest zamknięty na głucho  dom w zaniedbanym ogrodzie i tylko niewielka kamienna tabliczka informuje o jego sławnych mieszkańcach. Jeżeli ktoś nie poznał tej historii wcześniej przejdzie obok, niczego nie zauważając. W miasteczku znalazłam małą restaurację (tam wszystko jest małe)  ze wspaniałym widokiem na  (też małą) skalistą wysepkę  Strombollicchio.  W patio  z  białą figurą Matki Boskiej na środku, wisiało  wielkie, czarno-białe zdjęcie sławnej pary zrobione prawdopodobnie podczas ich wspólnego jesienno-zimowego spaceru po wulkanicznej plaży. Cóż za ironia losu!  Ingrid Bergman zakazano wjazdu do USA z powodu nieobyczajności jej związku z Rossellinim. A teraz i kochankowie i Matka Boska razem przyciągają turystów.  Wielka i niezniszczalna bywa siła miłości.

Wracając do restauracyjki  -  miejsce wyjątkowo urokliwe. Zielone pnącza na murowanej pergoli, ławeczki wykładane ceramicznymi płytkami z charakterystycznymi niebiesko-brązowymi wzorami, wreszcie wspomniany wyżej widok  na czarne plaże i białe miasteczko  tworzyły niezapomnianą atmosferę.
Podobne płytki ceramiczne  - nowe i bardzo stare - zdobią inne ławki w miasteczku i nagrobki na niewielkim cmentarzu u stop wulkanu. Na cmentarz trafiłam przypadkowo podczas swojej kolejnej porannej foto-przechadzki. W wysokim murze z wulkanicznych lapilli (kamienie wyrzucane podczas erupcji) nagle pojawiły się schody. Początkowo minęłam je, ale po chwili stwierdziłam, że może jednak warto się wspiąć. Takie zagubione schody, wąskie uliczki, niedomknięte bramy z reguły doprowadzają do jakiegoś “ skarbu”. Tym razem był to około 2 metrowy biały krzyż wieńczący kapliczkę z figurą Matki Boskiej. Ludzie zawieszeni miedzy żywiołami ognia i wody w ten sposób dziękowali  Niebu za ocalenie i prosili o ochronę.  Przy tej samej uliczce, otoczony wysokim murem był  jedyny na Stromboli  cmentarz. Stare groby to typowe kwatery ziemne , bardzo blisko jedna drugiej , bez gruntowych letnich  kwiatów i bez cmentarnych krzewów. Tylko w najstarszej części wybujała trawa kryła zapadające się nagrobki.  Nowe pochówki swoje miejsce mają  w okalającym nekropolię murze pełniącym funkcję ściany trumnowej i kolumbarium.

Dla mnie Stromboli to tylko atrakcja turystyczna, europejski koniec świata a ten cmentarz był dowodem na toczące się  tutaj  normalne życie. Ludzie rodzą się, kochają, ciężko pracują i umierają. Zostało ich dzisiaj ok.600 odważnych, wytrwałych i na pewno wiernych swojej wyspie gdzie ciszy i spokoju można dotknąć a czas jakby się zatrzymał. Jeżdżące skutery są tak stare jak auta w Hawanie. Cykady w drodze na cmentarz,  w ścianach domów kapliczki a uśmiechnięci mieszkańcy niespiesznie przeżywają swoje dni.
Podczas nocnej całkowitej ciszy, kiedy inne zmysły śpią, słychać co 20-40 minut głuche dudnienie jakby pomruk groźnego , wielkiego drapieżnika. To trwające nieustannie erupcje wulkanu. Pierwszej nocy dźwięk ten pobudzał bardzo niebezpiecznie wyobraźnię ale potem stał się niesłyszalnym elementem otoczenia. Czasem tylko smugi czarnego dymu nad szczytem góry przypominały, że TAM się coś dzieje. Całe szczęście , bo inaczej nie można by tu mieszkać a strach przed wulkanem paraliżowałby jakiekolwiek działanie. Chociaż dzisiaj innych działań niż turystyczne na wyspie już nie ma. Spotkałam Polkę pracującą od kilku lat na Stromboli w restauracji. Zadowolona z pensji ale nie miejsca. Ponoć zimy są tu koszmarne. Pada deszcz, wieje silny , wilgotny wiatr, prom często nie przypływa, turystów nie ma. Czasem tylko Włoch samotnik się trafi. Wtedy wulkan jakby stawał się głośniejszy.

Numery domów, nazwy ulic często  umieszczane są na ceramicznych tabliczkach i wmurowywane w ściany razem z kamieniami wulkanicznymi, które “wpadają” do ogrodu podczas mocniejszej erupcji wulkanu.
Na wielu drzwiach namalowane jest coś czego nigdzie na świecie nie ma a nazywa się to “ Serce Stromboli”. Co to jest konkretnie nikt nie wie. Jedynie recepcjonistka z hotelu sugerowała, że to kapar. Dla mnie raczej burak cukrowy. Porównanie bez sensu  wszak Lipary kaparami a nie burakami stoją. Jedno takie serce, namalowane na szkle przez lokalną artystkę, zdobi mój pokój.

W ogrodach żółcą się skąpane w słońcu cytryny, trochę cebuli i czosnku. Na płotach siedzą koty o groźnym spojrzeniu. Psa spotkałam jednego - małego yorka , który korzystając z  chłodu wnętrza kościoła San Vincenzo przyglądał się przez barokowe drzwi ulicy. A tam, w samym centrum miasteczka, leniwie przechadzają się  liczne włoskie rodziny spędzające swój nadmorski urlop i międzynarodowa zbieranina,  nieco nadreaktywna i niespokojna, która przypłynęła by wejść na wulkan.

 + dodaj informację lub opinię

TWOIM ZDANIEM...

Temat:

(Maksymalnie 150 znaków)

Treść:

(Maksymalnie 5000 znaków)

Podpis:

(Maksymalnie 50 znaków)

  

Ukryj pola

Stromboli

2010-03-31

Pani Magdo bardzo pięknie opisała Pani Stromboli. Czytając ten tekst miałam taki dreszczyk... Na Stromboli nie byłam, podziwiałam go w słoneczne dni z plaży w Marina di Nicotera. Wspomnienia odżyły... :) Pozdrawiam :)

:: agra

spokój i cisza...

2010-03-31

...a może zamieszkać tam choć przez rok?

:: Barbara

Miłość na Stromboli:)

2010-03-31

Moje wspomnienia również odżyły. Miałam to szczęście, że udało mi się zwiedzić kilka Wysp Liparyjskich, w tym oczywiście Stromboli. Niesamowity jest widok małych i regularnych mini wybuchów wulkanu, zwłaszcza, kiedy dopływa się promem do wyspy.
A wracając do czerwonego domku z tabliczką - czyż taka miłość w cieniu wulkanu nie brzmi romantycznie:)

:: Joanna

Powrót

Włochy   :   Włochy zdjęcia   :  Włochy zabytki   :  Italia  >    24stolice   :   Lizbona    >     Bilety lotnicze