Kontynuuj W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w "Polityce Cookies".
 
AKTUALNOŚCI /  WŁOCHY /  KUCHNIA WŁOSKA /  SUBIEKTYWNIE /  TURYSTYCZNIE / 
SUBIEKTYWNIE / ITALIA ZIMĄ / JOANNA KAROLAK
Bilety Lotnicze
[NEWSLETTER]
  
Zimowe szaleństwo
autor fotografii: Joanna Karolak
 
JOANNA KAROLAK
[Powiadom znajomego]  A A A   

Białe szaleństwo we Włoszech

Wyjazd narciarski do Włoch był odkąd pamiętam moim marzeniem. Letnią, słoneczną i upalną Italię znam na wylot zjeździwszy ją wszerz i wzdłuż. Brakowało mi jednak wciąż jej zimowego oblicza. Wreszcie w tym roku się udało! Dość późno biorąc pod uwagę fakt, że swoje pierwsze narciarskie kroki stawiałam w wieku lat dwóch, ale jak to się mówi – lepiej późno, niż wcale.

Wiedziałam, że Włochy to mekka narciarzy z całego świata. Mnie jednak nie pociągały popularne stoki w megadrogich miejscowościach, tłumy oblegające bary na trasach, markowe ciuchy i znane twarze o znudzonych swą popularnością spojrzeniach. Szukałam czegoś spokojniejszego, z dala od zgiełku i wielojęzycznego przekrzykiwania się. I znalazłam – Montecampione, niewielka miejscowość w Lombardii, ponad Lago d’Iseo i niedaleko Val Camonica słynącej z prehistorycznych rytów skalnych wpisanych na listę UNESCO.

Do Montecampione przybyłam w drugiej połowie marca. Na początku, widząc zupełnie wiosenną aurę w dolinie, miałam pewne obawy co do realizacji moich narciarskich planów. Jak się okazało zupełnie bezpodstawne. Wystarczyło znaleźć się na wysokości 1200 m n.p.m., żeby przekonać się, że zima jeszcze się nie skończyła. Boski widok! Jak okiem sięgnąć ośnieżone stoki i… jedynie co jakiś czas ciemny punkcik zmierzający szerszymi lub węższymi zakrętami w dół. Aż trudno mi było w to uwierzyć, ale stoki były moje i tylko moje! 

I tak oto zaczęło się 10 najpiękniejszych zimowych dni mojego życia.

Rano śniadanko z widokiem na słoneczną dolinę, potem całodzienne narciarskie szaleństwo aż do zmierzchu (stoki niestety nie były oświetlone), wieczorem relaksujące i rozluźniające mięśnie pławienie się w hotelowym basenie. Potem kolacja, rzut oka na ratraki przygotowujące stoki na dzień następny i na zakończenie animacje i Piano Bar w hotelu. Żyć nie umierać! Każdy dzień pozornie identyczny jak poprzedni. Jednak tylko pozornie. Schemat dnia niezmienny i jakże miły, lecz poza tym codziennie coś nowego, jakaś niespodzianka, zaskakujący widok.

40 km tras alpejskich przygotowanych po prostu fantastycznie

Stoki gładkie jak stół, bez ani jednej muldy, co dla mnie, wychowanej na muldziastych polskich stokach, było wręcz nie do uwierzenia. Wprawiona w bojach w naszych rodzimych survivalowych warunkach odczuwałam wręcz rozkosz gładzi, którą czuło się pod nartami. To są warunki, w których można szlifować swoje umiejętności, ukradkiem podglądając jak jeżdżą najlepsi – przystojni i opaleni instruktorzy o urzekających uśmiechach :-) O opaleniznę zresztą nie było trudno. Wystarczył jeden dzień, żeby policzki nabrały zdrowego brzoskwiniowego odcienia. Potem pracowało się już tylko nad jego przyciemnieniem i utrwaleniem. Co wytrwalsi wystawiali do słońca przez wiele godzin nie tylko swe oblicza, ale co tylko się dało po podciągnięciu rękawów i nogawek spodni narciarskich. Nie będę ukrywać, że też każdego dnia poświęcałam godzinkę na zbawienną kąpiel słoneczną. Taras baru na wysokości 1700 m n.p.m. był codziennie moim celem. I tak w połowie narciarskich szaleństw robiłam sobie przerwę na prawdziwe włoskie cappuccino i fantastyczne rogaliki z marmoladą morelową, które co rano własnoręcznie piekła pani Carla, właścicielka baru. Moim szczerym zachwytem nad jej arcydziełami sztuki cukierniczej zaskarbiłam sobie jej sympatię. Czekał więc na mnie zawsze największy rogalik i cappuccino posypane grubą warstwą czekolady – mmm… niebo w gębie!

Stoki w rejonie Montecampione nie należą może do najwyższych ...

... (maksymalnie 2000 m n.p.m.), ale zapewniam, że to wystarczy, żeby sprawdzić się na czerwonych i czarnych trasach. Niebieskich jest tam niewiele i opanowane są praktycznie w całości przez szkółki narciarskie dla najmłodszych. Mnie szczególnie przypadły do gustu trasy czarne, oznaczone „pista per sciatori esperti”, a w rzeczywistości wcale nie aż tak groźne. W szczycie sezonu z pewnością rejon ten pełen jest miłośników desek wszelakich, w marcu jednak ruch maleje, do wyciągu wsiada się niemal nie zatrzymując nart i chwilami można odnieść wrażenie, że stoki ma się na wyłączność. Poza tym rzeczą, która uderzyła mnie zaraz po przyjeździe jest znikoma liczba turystów zagranicznych. Z rzadka słyszy się jedynie pojedyncze głosy polskie i niemieckie. Panuje więc prawdziwa włoska atmosfera, ludzie są przemili, skorzy do rozmowy i niezwykle otwarci. No i jak tu nie poczuć się jak w raju… :-)


 + dodaj informację lub opinię

TWOIM ZDANIEM...

Temat:

(Maksymalnie 150 znaków)

Treść:

(Maksymalnie 5000 znaków)

Podpis:

(Maksymalnie 50 znaków)

  

Ukryj pola

Montecampione

2008-12-02

Pani opis przygody jest tak prosty, a zarazem serdeczny, a widoki tak piękne, że aż żal, iż nie jeżdżę na nartach.

:: Teresa

Powrót

Włochy   :   Włochy zdjęcia   :  Włochy zabytki   :  Italia  >    24stolice   :   Lizbona    >     Bilety lotnicze